KITE'owe podróże po Polsce i Świecie


kraj:
spot:
time:
foto:
text:
Egipt
El Gouna
2005.11.08
Janusz
Janusz


El Gouna, dnia 13 listopada,2005

Uwagi i wrażenia ogólne:

* El Gouna to prywatna miejscowość powstała na terenie części pustyni wykupionej od rządu Egiptu, przez jedną z niegdyś najbogatszych rodzin w Egipcie. Odrębność jej widać wyraźnie przy wjeździe na jej teren, gdzie wszystkie pojazdy (jak i autokary) są kontrolowane przez uzbrojonych żołnierzy, choć podobno jest to zwyczaj panujący w całym Egipcie. Zaraz za wjazdem za wartownią, znajduje się małe lotnisko, dla jak mniemam właścicieli i gości dysponującym transportem powietrznym. El Gouna się rozrasta, bowiem tworzone są tu sztuczne wyspy pod nową zabudowę. Są tam miejsca gdzie ma się wrażenie, iż jest to jeden ciąg kanałów, wysepek i półwyspów. Zajmuje ona obszar około 20 km2 i ciągnie się wzdłuż brzegu Morza Czerwonego (podobnie jak Trójmiasto tylko innego morza). Znajduje się tam dużo kompleksów hotelowych, jak i pojedynczych hoteli. Brylują zdecydowanie cenami pięciogwiazdkowe Sheraton (lokalizacja rozstrzelona na kilku wyspach), Movenpick (zdecydowany pik bo z niewiekiego wzniesienia przepiękny widok) i Steigenberger, ten ostatni położony przy polu golfowym. W powyższych hotelach nie byłem. Mogę się wypowiedzieć jedynie o czterogwiazdkowym Ocean View Three Corners, który jest na dobrym poziomie, ale o tym poniżej. Więcej informacji na www.elgouna.com
• Zaraz po wylądowaniu i wyjeździe z lotniska w Hurgadzie do oddalonej o 25 km El Gouny, rzuca się w oczy wszędobylski brud na pustyni - walające się wszędzie plastikowe woreczki, pojemniki, porozbijane skrzynki, porzucone rzeczy itp. – to pierwsze wrażenia.
• Trochę info o moim locum. Hotelu Ocean View Three Corners jest doskonale usytuowany, naprzeciw mariny. Polecam ten hotel, zwłaszcza z pokojami o oknach skierowanych na morze i marinę są to numery pokoi 2275 i 2274 (patrz zdjęcia). Pokoje są duże około 20-25 m2, taras jest bardzo przestronny około 25 m2.
Ja wykupiłem jedyną możliwą wersję „all inclusive” i myślę, że w innym hotelu podczas dnia, długo jeżdżąc na latawcu nie warto jej wykupywać. Miałem też wrażenie, że piwo wino i drinki (oprócz wódki), podawane wtedy w nieograniczonej ilości, były gorszej jakości i miały małą zawartość alkoholu.
Upierdliwe jest ciągłe rozdawanie napiwków tzw. bakszysz. Lepiej mieć zawsze pod ręką kilka banknotów jedno-dolarowych, bo wtedy kelner trzyma dla ciebie stolik i na bieżąco obsługuje.
• Przepiękna jest marina gdzie cumują jachty motorowe i żaglowe, a zaraz obok nich pełno jest sklepików i restauracji na niezłym poziomie ( patrz zdjęcia). Na kejach wszędzie są podłączenia prądowe i woda. Nie ma przesady w twierdzeniu, że to Wenecja Egiptu. Wszędzie czyściutko, ani papierka (może wiatr wydmuchał). Dosłownie zaraz za sklepami rozciąga się pustynia.
• Jest tam stosunkowo tani transport, taxi z hotelu do bazy kosztuje 15 funtów egipskich, czyli nieco mniej niż 3 USD. Trójkołowiec tzw. „tok-tok” (patrz zdjęcia) kosztuje 5 funtów od osoby. Cennik jedzenia w polskiej bazie (patrz zdjęcia).
• Na południu El Gouny znajduję się tzw. Down-town, czyli część miasta gdzie jest zdecydowanie więcej sklepów zwłaszcza pośledniejszego rodzaju, są tam też restauracje, bankomaty, bank, kasyno itp.
• Woda jest bardzo przeźroczysta, doskonale widać rafy i dno, oraz pływające wszędzie plastikowe worki.
• Jeden raz podczas mojego pobytu (8 dni) wysiadł prąd w dużej części miasta. Trwało to około kwadransa, ale nie miało żadnych negatywnych skutków dla turystów, bowiem w restauracjach dużo jest oświetlenia typu świeczka, a zauważyłem też włączone oświetlenie awaryjne.
• Kupiłem fantastyczne okulary z Flysurfera (przez Andrzeja Stawickiego z Airmana), które nie tylko chronią przed słońcem i falami ale zupełnie nie spadają z głowy po upadkach do wody. U mnie zmieniały jeszcze w korzystny sposób opływ wody po twarzy w czasie upadku do wody, tak, że mniej mi się jej wlewało przez nos do zatok.
• Ceny w bazie polskiej, jak i austriackiej są takie same – (patrz zdjęcie), na „szybki ponton gotowy w każdej chwili do akcji” nie można liczyć ani tu, ani tu. Indianie mogą liczyć jedynie na „Wielkiego Manitu”.
• Można łatwo dostać rozwolnienia, czyli tzw. zemsty faraonów. Niestety mimo zachowania dużych środków ostrożności i mnie ona dopadła. Najlepsze dla mnie lekarstwem okazał się Nifuroksazyd, 4 razy po dwie tabletki przez 6 dni i jednorazowo 5-6 tabletek węgla w odległości 2 godz od ostatniej dawki Nifuroksazydu.. Więcej węgla nie doradzam, bo może powstać korek i w przypadku gwałtownego odszpuntowania, można przegonić startującego odrzutowca.
• Co do przypadłości chorobowych to popularną sprawą jest także złapanie grzybicy (wszechobecny brud). Grzyba najłatwiej można załapać w basenie, jakuzzi jak i w zwykłej wodzie wodociągowej. Nie należy jej pić, a i lepiej nie myć w niej zębów. Objawem grzybicy w buzi to tzw. afty czyli małe wolno gojące się ranki. Ja płukałem usta i gardło rodzimą wódką, prawdziwa rozrzutność ale pomogło.
• Ilość latawców na niebie w bazie austriackiej w porównaniu do polskiej była często jak 35 do 7.

Wrażenia z punktu widzenia kajciarza.

Plusy :
• Naprawdę istnieje. Trzon obsługi jest polski i można wszystko załatwić w rodzimym języku. Jedynie beach-boye mówią po angielsku, co może stanowić dla niektórych pewną trudność. Beach-boye to młodzi faceci zwykle Egipcjanie, których baza wynajmuje do udzielania wszelkiej pomocy kajciarzom. Są już opłaceni przez bazę. Więcej wiadomości na www.redseazone.com
• Można na miejscu zamówić coś do zjedzenia, picia oraz pożyczyć sprzęt.
• Naprawdę wieje i to prawie ciągle. Powiedziałbym nawet, wieje dokuczliwie, bowiem w nocy słychać wycie wiatru w szparach okiennych, a przeciągi są wręcz denerwujące. Podczas mojego 8-dniowego pobytu jedynie jednego dnia wiało z siłą poniżej 4B. Wiatr wieje z północy i na początku dnia jest równoległy do brzegu, w godzinach popołudniowych zaczyna dopychać do brzegu. Siła wiatru jest bardzo różna i podczas pobytu wykorzystywałem trzy różne rozmiary Speedów z Flysurfera 7,10 i 13 m2. Nawiasem mówiąc gdybym miał ich cały komplet (dodatkowo 5 i 17 m2) to też bym używał wszystkich rozmiarów. Wiatr nie jest równy i lecą w nim chwilowe kopy, jak też potrafi się zmieniać w ciągu dnia z np. 7 B do 4 B.
• Jest zdecydowanie słonecznie – ostatniego dnia było jedynie kilka chmurek. Zwłaszcza wiosną i jesienią, należy się przed słońcem odpowiednio zabezpieczyć. Wtedy nie odczuwa się tak mocno ciepła jak latem, a słońce jednak może jeszcze poparzyć. Od listopada stanowczo doradzam zabrać długą piankę, sam bowiem miałem krótką i pierwszego dnia pobytu szczękałem z zimna zębami. Później było cieplej ale, mocny wiatr zdecydowanie wychładza mokre ciało.
• Ze wszystkiego wyszedłem obronną ręką nic mi nie zginęło i nic złego mi się nie stało (mam nadzieję).

Minusy :
• Pływy, które w momencie pełni osiągają swoje maximum, powodując iż woda opada około 50-60 cm. Efekt to podróże z latawcem od punktu startu do miejsca z którego można płynąć na desce ( około 70-100 metrów). Nie radzę startować na śliskiej powierzchni dna po odpływie (patrz zdjęcia )– bowiem przy mocniejszym pociągnięciu latawca jedzie się na stopach jak po maśle, a na dnie czekają niespodzianki w postaci ostrych muszelek i innych pułapek.
• Na dnie znajdują się bardzo ostre i kolczaste muszle ślimaków (patrz zdjęcia) .Są do tego stopnia groźne, że przebijają bez problemów palce od rąk i nóg na wylot łącznie z paznokciami. Tutaj mogę jedynie uprzejmie doradzić by w takim przypadku nie machać gwałtownie kończynami, bo kolce są kruche i się łatwo odłamują. Najlepiej spokojnie wyciągać je z siebie, ciągnąc za całą skorupę. Nawiasem mówiąc najbliższy szpital (podobno całkiem dobry choć drogi) znajduje się w odległości 3 km od bazy. Warto też wykupić ubezpieczenie od ewentualnych kosztów leczenia. Sam widziałem pokaleczone stopy i nogi instruktora z www.kite.pl. Jedyna rada, to iść najkrócej jak można i od razu płynąć na głęboką wodę. Zdecydowanie radzę nakładać buty od pianki i to z jak najtwardszą podeszwą.
• Na głębokiej wodzie można bez przeszkód poskakać jednakże w odległości 100-200 metrów znajdują się ostre rafy. Tu też trzeba uważać, by po ewentualnym wylądowaniu latawca w wodzie szybko go postawić i momentalnie odnaleźć deskę. Jeśli się nie uda (szczególnie przy mocnym wietrze) to rafa jest naprawdę ostra i lepiej cały sprzęt zostawić, a samemu skierować się na plaże. Sprzęt pewnie wyłowią beach-boye, a skórę się uratuje. Można też popłynąć zupełnie daleko poza rafę, ale wtedy nie można liczyć na żadną pomoc ze strony bazy.
• Stosunkowo wąska plaża z sypkim piaskiem. Ma szerokość równą długości linek latawca i jeśli startuje się z plaży, a nie śliskiego dna, to robi się tłoczno. Poza plażą znajduje się zwykłe klepisko i brak jest worków z piaskiem do przytrzymania latawca.
• Brak asekuracji z pontonu lub jakiejkolwiek innej łodzi. „Szybki ponton zawsze gotowy do akcji”- istnieje jedynie w sloganie reklamowym „Red Sea Zone”, w rzeczywistości przed wypłynięciem dalej, zostałem uprzedzony przez Zimasa, iż tam nie można liczyć na pomoc beach-boyów (bo nie dojdą na piechotę). „Szybki ponton” znajdujący się w sąsiedniej austriackiej bazie ma „zdechłą” jedną z komór wypornościowych i brak śruby na silniku (patrz zdjęcie), a o stan techniczny reszty wolałem nie pytać.
• Zdecydowany brak w bazie miejsc do siedzenia. Posiłki spożywać można przy dwu rozstawiony przy sobie stołach o obciętych nogach, a siedzi się na ziemi. Dla mnie był to zupełnie niezrozumiały folklor, zwłaszcza ze względu na dwa psy, które czatowały na moment nieuwagi spożywającego.
• Polska baza znajduje się tam, gdzie przyzwoita droga się skończyła a psy d...mi szczekają (patrz zdjęcia). Autobus kończy swój bieg w poprzedniej bazie około kilometra wcześniej.
• Niejasna jest dla mnie odpowiedzialność finansowa bazy (czyli jak mniemam jej brak) za ewentualne zaginięcie pozostawionego prywatnego sprzętu. Sprzęt ten bowiem, może być różnej, czasem bardzo wysokiej wartości. Nikt się o to nie pyta,, ani tego nie weryfikuje. Podobno nic tu jeszcze nikomu nie zginęło, ale biorąc pod uwagę fakt, że sprzęt jest składowany w otwartym dla wszystkich kącie (patrz zdjęcie) i dostępny dla każdego, można mieć poważne wątpliwości, co do przyszłości zachowania tego dobrego zwyczaju.
• Regulamin korzystania z bazy jest napisany jedynie po angielsku (dwie strony tekstu na A4 ), co jest dla mnie zrozumiałe w przypadku obcokrajowców i międzynarodowego statusu bazy, ale brak wersji polskiej dla Polaków (których jest w bazie zdecydowana większość) jest zastanawiający.

Jest jeszcze dużo innych minusów jak i plusów, ale dla mnie mało istotnych.
Podsumowanie zostawiam czytelnikom.

Życzę pomyślnych wiatrów i stopy wody pod statecznikiem.

-Janusz-



Łódka podczas „odpływu”



Bank



Down Town



Down Town



Down Town



Widok z okna pokoju na Marinę



Marina



Marina



Marina






Widok ogólny bazy austriackiej



Ponton „szybkiego reagowania” w bazie austriackiej



Widok ogólny bazy austriackiej



takie worki z piaskiem przytrzymują latawce w bazie austriackiej



Cennik bazy austriackiej






Cennik bazy austriackiej



Regulamin bazy austriackiej



Baza austriacka podczas odpływu



Baza austriacka podczas odpływu



Baza austriacka podczas odpływu






Plaża 500 m naszej bazy



Takie przyjemności można spotkać po odpływie niedaleko terenu naszej bazy



Tak wygląda trójkołowiec „Tok-tok”



Pies pilnujący bazy – suka z tyłu ubezpiecza



Tak wygląda „badzia” po odpływie



Odpływ



Hardkorowe prysznice w naszej bazie



Wygląd klepiska między bazą a plażą



Miejsce na przechowywanie sprzętu



Miejsce na przechowywanie sprzętu



Kibelek



Sprzęt do wypożyczenia



Cennik polskiej bazy



Na kolce takich między innymi ślimaczków można się nadziać